"Goń się nowotworze!" - czyli o trudnym sezonie i powrocie do zdrowia

Cześć WamJ!

Tu Magda – kobieta, żona, biegaczka, instruktor lekkoatletyki i pacjentka… tak się życiowo złożyło, że ta ostatnia rola skłoniła mnie do napisania dla Was tego artykułu po to, aby naświetlić problem chorób nowotworowych i dać nadzieję na wyleczenie oraz szybki powrót do zdrowia, a także przełamać tabu strachu i niewiadomej przed operacją onkologiczną. Czuję, że to ważne, żeby o tym mówić, nie bać się i głośno prosić o pomoc w razie potrzeby. Dopadł mnie nowotwór, nie rak i nie ma chyba odpowiednich słów, które wyraziłyby moją wdzięczność do losu za taki rozwój wypadkówJ

 

NA POCZĄTKU BYŁ…TRUDNY SEZON BIEGOWY

Zacznę od początku mojej tegorocznej „przygody ze zdrowiem”, czyli bardzo trudnego sezonu biegowego. Przez pół roku można dosłownie powiedzieć, że nie mogłam ruszyć z miejsca, nie wiedząc, czemu nie jestem w stanie biegać na miarę swoich możliwości i napotykam na ogromny opór zarówno ze strony swojego ciała, jak i głowy. Od maja do listopada czułam jakbym na zawodach i ciężkich treningach „jechała na tzw. ręcznym”, nie byłam w stanie w pełni wykorzystać swoich możliwości i mój organizm generował jakąś niewyjaśnioną dla mnie lampkę alarmową, której absolutnie nie potrafiłam zidentyfikować (teraz już wiem, że organizm chronił mnie przed ewentualną katastrofą). Nie miałam żadnych objawów bólowych, jedyne, co mogłam zaobserwować to intensywnie wypadające włosy, osłabienie siły mięśniowej, gorszą sprawność oddechową oraz obniżony nastrój z niewiadomych przyczyn (od lekarzy i fizjoterapeutki dowiedziałam się, że te objawy jak najbardziej łączyły się z obecnością guza z racji dużego jego nacisku na moje nerwy oraz na przeponę, a gorsze samopoczucie psychiczne było spowodowane zmianami chemicznymi w moim organizmie). Trudno było mi jednak te objawy, w tamtym czasie, połączyć z guzem na jajniku… Jako, że pogoda w lecie była ekstremalna (chyba wszyscy to pamiętają), a trening do maratonu jest sprawą wymagającą to łatwo było te objawy podpiąć właśnie pod trening, ale podświadomie czułam, że coś jest ze mną nie tak…Co mi jest?? Wielokrotnie zadawałam sobie to pytanie, przyczyn szukałam dosłownie wszędzie, poza jednym jak się okazało… Analizowaliśmy z Trenerem trening, robiłam badania, które wychodziły idealnie, szukałam więc przyczyn w spadku motywacji, przemęczeniu pracą i treningiem, jednak okazało się, że to kompletnie nie to. Musieliśmy podjąć z Sebastianem decyzję o rezygnacji ze startu w maratonie w Eindhoven, ponieważ mój organizm stawiał ogromny opór przed adaptacją treningu, czyli mówiąc potocznie praca treningowa „nie szła”, a miał to być mój szósty maraton… Każdy, kto mnie zna, wie, że to dla mnie szczególny dystans i bardzo mi zależało, aby go pobiec, jednak mój organizm nie pozwalał mi na maratońskie przygotowania…cały czas nie wiedziałam dlaczego aż do…

 

DIAGNOZA

….12 listopada, kiedy dostałam diagnozę nowotworu o nieokreślonym charakterze w trakcie rutynowej kontroli u ginekologa (wcześniejsza miała miejsce 1,5 roku wcześniej). Pani Doktor wykryła u mnie guza wielkości 7*8 cm (to wielkość pięści) na jajniku, przypuszczając, że może być to potworniak (wiem, nazwa budzi przerażenie, ale kluczowa jest jego postać- dojrzała lub też nie, bo od tego zależy czy forma tego nowotworu jest złośliwa – potworniaki dojrzałe w przeważającym odsetku są łagodne, niedojrzałe – niestety nie), finalnie podczas operacji okazało się, że miała rację, ale o tym później. Potem konsultowałam się jeszcze z dwoma niezależnymi lekarzami, którzy potwierdzili rozpoznanie. Co się ze mną wtedy działo …?? Na początku po pierwszej konsultacji, na której pani Doktor przekazała mi tę informację bardzo delikatnie, nie zrozumiałam chyba do końca co mi jest, natomiast po potwierdzeniu diagnozy i sugestii drugiego lekarza, że powinnam wyrobić sobie kartę DiLO –  zieloną kartę, która umożliwia szybką diagnostykę i leczenie onkologiczne, żeby w trybie pilnym mieć operację, to zrozumiałam już o co chodzi… w trybie natychmiastowym trafiłam do Wojewódzkiego Centrum Onkologii w Gdańsku, w którym wizytę zapamiętam na długo…potwierdzono mi tam diagnozę oraz zaopatrzono w szereg informacji (tak szczerze to torpedowano mnie serią informacji, których i tak nie byłam w stanie przyjąć do wiadomości…) – potrzebowałam zrobienia sobie notatek, żeby to wszystko poukładać i tu kolejna ważna sprawa na temat bycia pacjentem onkologicznym – wśród gąszcza informacji na temat tego, co mam robić przed operacją czułam się jak dziecko we mgle, mimo faktu, że posiadam całkiem niemałą wiedzę na temat zdrowia oraz lecznictwa ze studiów m.in. na Gdańskim Uniwersytecie Medycznym, ale w tej sytuacji na przyswajanie informacji rzutuje samopoczucie i szok po otrzymaniu diagnozy, dlatego trzeba samemu przypominać to lekarzowi i dbać o spamiętanie wszystkiego, co niezbędne. Wyznaczono mi termin operacji na 5.12., czyli za niecałe 3 tygodnie. Faktycznie, trzeba przyznać, że cały proces przebiegał ekspresowo i mogłam się śmiało określić jako pacjent „VIP”, tylko czy aby na pewno takim „VIPem” chciałam być? Niekoniecznie… Później czekało mnie jeszcze mnóstwo wizyt w gabinetach lekarskich, więc w ciągu tych 2,5 tygodnia zostałam przebadana wzdłuż i wszerz. Ironia losu wskazywała, że moje zdrowie jest w idealnym stanie wyłączając wielki guz na jajniku, cóż…nawet lekarze z tego faktu żartowali – okaz zdrowia z wielkim guzem… W tym miejscu muszę nadmienić, że pacjent onkologiczny w Polsce powinien uzbroić się w żelazne nerwy oraz solidnie napakowany portfel i to stwierdzenie nie jest żartem… Część lekarzy podchodziła z sercem do problemu, ale z częścią z kolei nie byłam w stanie nawiązać rozmowy, a najważniejsze dla mnie było, żeby ktoś ze mną po prostu porozmawiał i wytłumaczył co dalej, nic więcej nie było mi przecież potrzeba, niestety czasem było to nieosiągalne… Samą operację miałam w ramach NFZ, ale szereg badań i konsultacji lekarskich przed kosztował niemało stąd moje wcześniejsze stwierdzenie... Miałam też niestety okazję doświadczyć, co się dzieje w głowie, kiedy otrzymujesz diagnozę onkologiczną – dudnienie w uszach, szok, porażające uczucie bezradności, setki pytań w głowie pt. „Dlaczego ja?”, „Co takiego złego zrobiłam, że mi się to przytrafia?”, „Jak to możliwe, że to właśnie ja???”. Nie należę do osób, które często płaczą, ale po otrzymaniu tej diagnozy łzy były nieuniknione… Ze względu na fakt olbrzymich obciążeń genetycznych wiedziałam, że z „towarzyszem nowotworem” spotkamy się na swojej drodze, jednak nie przypuszczałam, że tak szybko…podszedł mnie skubany…, wiele miesięcy pozbawiał sił, dołował, nie dawał dosłownie żyć normalnie i cieszyć się z codzienności. Teraz przynajmniej było wiadomo, co mi jest i po szybkim otrząśnięciu się zabrałam się za to, co mi najlepiej wychodzi, czyli za działanie. Harmonogram wizyt lekarskich, badania, zbieranie wiedzy na temat choroby itp., działanie pozwoliło mi poradzić sobie z samym faktem choroby. W tym miejscu chciałabym przekazać bardzo istotną informację: – nowotwór i rak to NIE TO SAMO. Każdy rak jest nowotworem, ale nie każdy nowotwór to rak (!) Nowotwór łagodny to najmniej groźny rodzaj choroby nowotworowej. Zmiana rośnie powoli i nie niszczy sąsiednich tkanek. Większość nowotworów łagodnych otacza torebka, która odgranicza zmianę chorobową od zdrowej tkanki. Nowotwory łagodne nie naciekają na sąsiednie narządy i pobliskie węzły chłonne, oraz nie daje przerzutów, czyli nowych ognisk choroby w innych częściach ciała. Leczenie jest stosunkowo proste i zwykle skuteczne. Ale oczywiście - UWAGA! To, że nowotwór jest łagodny, nie oznacza, że można go zlekceważyć. Każda zmiana nowotworowa niesie za sobą ryzyko zezłośliwienia się, czyli przekształcenia w złośliwą formę choroby, wymaga zatem koniecznej interwencji lekarskiej. Poza tym może powstać w wyjątkowo niefortunnym miejscu i skutecznie utrudnić pracę okolicznym narządom. Z kolei nowotwór złośliwy to o wiele większe zagrożenie dla zdrowia i życia. Może naciekać, atakować sąsiednie tkanki i robić przerzuty na odległe narządy. Po leczeniu może dojść do wznowy (nawrotu) choroby. Często nie mają torebki, mogą być rozległe i rozwijać się bardzo szybko. Leczenie nowotworu złośliwego jest najskuteczniejsze wtedy, gdy choroba zostanie wykryta we wczesnym stadium, jeszcze przed wystąpieniem przerzutów. Niestety, czasem rośnie w ukryciu, nie daje objawów i ujawnia się dopiero na zaawansowanym etapie rozwoju.

To tak tytułem przekazania istotnej wiedzy - wiem po sobie, że wiedza znacząco obniża poziom strachu i niewiadomej, która nas czeka przed procedurami medycznymi.

 

LECZENIE

Samą operację jak i proces znieczulenia ogólnego przeszłam już praktycznie bezstresowo (tak, potęga pozytywnego nastawienia była tu bardzo ważna!:) i bez żadnych komplikacji, a był to mój pierwszy zabieg operacyjny w życiu. Pani chirurg Danuta Kardzis z oddziału Ginekologii i Ginekologii Onkologicznej ze Szpitala Copernicus w Gdańsku usunęła mojego guza laparoskopowo, mimo, że poprzednich dwóch lekarzy nie dawało mi szans na tę metodę przy tak wielkim guzie. Jak widać, można przy bardzo dobrych umiejętnościach chirurga;) Mój guz okazał się być potworniakiem dojrzałym (fakt potwierdzony badaniem histopatologicznym), czyli jest to łagodna postać nowotworu… uff… Oznaczało to, iż leczenie zakończyło się w momencie usunięcia guza i nie jest wymagana dalsza chemio- czy też radioterapia. W tym miejscu chciałabym napisać, iż chylę czoła przed wszystkimi Kobietami, które nie miały tyle szczęścia, co ja i ich nowotwór okazał się złośliwy. Drogie Panie z całego serca trzymam kciuki za pomyślne leczenie i brak nawrotów choroby w przyszłości!

 

POWRÓT DO AKTYWNOŚCI FIZYCZNEJ PO OPERACJI

Po tym doświadczeniu mogę powiedzieć tylko jedno: ludzkie możliwości regeneracyjne są absolutnie niesamowiteJ 8 godzin po operacji kazano mi wstać z łóżka i wykonanie 3. kroków okazało się być olbrzymim wyzwaniem ze względu na wielki ból pooperacyjny, który uśmierzano mi Pyralginą – w szpitalu nie korzystano z mocniejszych środków, także mogłam śmiało przetestować swój próg odporności bólowej;) Następnego dnia udało mi się już samodzielnie wstać i wykonać spacer z sali pooperacyjnej do toalety, to był wtedy wielki sukcesJ Jak to ja – udało się raz to poszłam i drugi i w ten sposób przez kolejny czas wykonałam sporo rundek po szpitalnym korytarzu. Lekarze mówili: „Będzie boleć, ale ma się Pani dużo ruszać”. Ruch faktycznie pomagał mi poradzić sobie z rozsadzającym bólem w klatce piersiowej i pod obojczykami, który jest standardem po operacjach laparoskopowych ze względu na fakt wpuszczania powietrza do jamy brzusznej w czasie operacji (spokojnie ten ból mija w okresie kilku dni!:). Dodatkowym faktem zalecanego przez lekarzy ruchu jest profilaktyka zakrzepów (w moim przypadku jeszcze tydzień po operacji przyjmowałam zastrzyki przeciwzakrzepowe). Dobę po operacji byłam już w domuJ 3 dni po operacji byłam w stanie pójść na pierwszy spacer na dwór – co prawda przejście 2 km zajęło mi 1,5 godziny:D, ale byłam zachwycona samym faktem, że moje kończymy poruszają się i dzięki temu łatwiej poradzić sobie z bólem. Przez kolejne 4 dni tempo mojego marszu stopniowo wzrastało, a ja z postawy zgarbionej byłam już w stanie przejść do pełnego wyprostu (hurra!). 8 dni po operacji, po zdjęciu szwów pani chirurg pozwoliła mi na pierwszy delikatny 30 – minutowy marszobieg, cóż za radośćJ - odczuwałam jedynie delikatny dyskomfort w okolicy przepony, żadnych dolegliwości bólowych, wspaniale! 11 dni po operacji mogłam już wykonać spokojny 40 – minutowy trucht, to była radość z każdego krokuJ! Aktualnie spokojnie biegam i wykonuję systematycznie ćwiczenia ogólnorozwojowe, nie mogę jedyne do połowy stycznia wykonywać ćwiczeń brzucha oraz dźwigać przedmiotów powyżej 5 kg Od Świąt mogę już zacząć trenować (będą to 3 tygodnie po operacji), także po moim przykładzie widać, że rekonwalescencja może przebiegać w sposób bardzo sprawnyJ Oczywiście tempo powrotu do sprawności jest bardzo indywidualne, ale dzięki operacji laparoskopowej odzyskiwanie sił jest dużo szybszeJ Aktualnie na moim brzuchu została tylko mała pamiątka w postaci 3 blizn po cięciach i jest to bardzo mała cena w porównaniu do tej, którą mogłabym ponieść przy klasycznej operacji. Nie mam też żadnych dolegliwości po przebytej operacji z czego bardzo się cieszęJ

 

CO DALEJ..?

Teraz nie pozostaje mi nic innego jak pilnie dbać o wszelkie kontrole lekarskie, odżywianie i regenerację oraz blisko zaprzyjaźnić się z onkologiem;) Pewnie już zawsze z tyłu głowy zostanie obawa, że guz może się odnowić lub wytworzyć w innym miejscu, tym bardziej, że moje obciążenia genetyczne, jak już wspomniałam, są bardzo duże, jednak nie pozostaje mi nic innego jak żyć normalnie i po prostu regularnie się badać. W Wojewódzkim Centrum Onkologii też powiedziano mi: ‘Proszę żyć normalnie” i to wzięłam sobie bardzo do serca nie rezygnując z normalności zarówno przed operacją jak i wracając do niej szybko po odzyskaniu sił. Mam wrażenie, że tego właśnie najbardziej w tej chorobie potrzeba – normalności. Jak już opłaczemy i przyjmiemy do wiadomości fakt swojej choroby to żyjmy z całej siłyJ! To ważne i potrzebne!

Drogie Kobiety! Biegaczki jak i Panie niebiegające!

Badajcie się regularnie i obserwujcie swoje organizmy, jak widać po moim przykładzie, guz jajnika potrafi nie dawać żadnych konkretnych objawów. Wiem natomiast, że fakt regularnego trenowania wzmocnił mnie na tyle, iż łatwiej było mi poradzić sobie zarówno z samą diagnozą jak i leczeniem operacyjnym i rekonwalescencją. Ruch jest naszym sprzymierzeńcem w walce o zdrowie!

Drodzy Panowie! Wy również się badajcie, jak i namawiajcie do tego swoje Partnerki! Nowotwór wcześnie wykryty daje ogromne szanse na całkowite wyleczenieJ!

 

PODZIĘKOWANIA

W tym miejscu chciałabym serdecznie podziękować Wszystkim, którzy wspierali mnie w tych trudnych momentach, przede wszystkim Mężowi, mojej całej Rodzinie, Trenerowi, Przyjaciołom, fizjoterapeutce Annie Rusieckiej oraz Zawodnikom z grupy biegowej „Motywatornia Team”, od których dostawałam niezliczoną ilość podnoszących na duchu wiadomościJ Dziękuję również za wszystkie pozytywne komentarze na Facebooku, dzięki Wszystkim wymienionym osobom miałam możliwość o wiele łatwiej poradzić sobie z tym trudnym doświadczeniem. Czuję ogromną wdzięczność za odzyskane zdrowie i chcę to bardzo dobrze spożytkowaćJ

Dziękuję Wam!:-)

 

Pozdrawiam Was z całego biegowego serducha!

Magda

 

30 grudnia 2018

Aktualności

© 2017 created with webwavecms.com