O trzech Polakach na 32. Spar Budapest Marathon, czyli 42,195 km w październikowym słońcu

 

Przygotowania do maratonu

 

Dla zaawansowanego biegacza trening do maratonu zakłada 16 tygodni, w tym 8 tygodni tzw. BPS, czyli Bezpośredniego Przygotowania Startowego, mnie w przygotowaniach udało się zrealizować tylko 7 tygodni BPS, ponieważ w tym sezonie nie zabrakło niespodzianek na drodze do maratonu. Niestety trzy tygodnie treningu kompletnie mi wypadły ze względu na problemy zdrowotne (raz kwestia jelit, a raz płyn w zachyłku nadrzepkowym zwany potocznie „wodą w kolanie”, który życzliwy ortopeda szybko ewakuował z mojego kolana (i w tym miejscu serdecznie dziękuję Panu Andrzejowi Kościemskiemu za pomoc). Bardzo pomogła mi też fizjoterapeutka Katarzyna Raduszkiewcz, u której kilka wizyt niesamowicie ulżyło moim mięśniom w trakcie tych 7 tygodni). Dzięki wyżej wymienionym osobom oraz Mężowi i Trenerowi mogłam w ogóle pobiec w tym maratonie. Niestety przez problemy start stał pod wielkim znakiem zapytania, bo nie było wiadomo czy zdążę się przygotować…nie było to łatwe…kto mnie zna ten wie, że maraton mimo swojej bezwzględności i nieprzewidywalności jest moim ukochanym dystansem… Jednak udało się wykonać pracę treningową pod czujnym okiem Sebastiana Wąsickiego (i sporo się przy tym nauczyć!:) i mogłam wyruszać do Budapesztu razem z moim Mężem maratończykiem oraz koleżanką Martyną (również podopieczną Sebastiana), która startowała w biegu towarzyszącym na 30 km.

 

 

Budapeszt

 

Przyjeżdżając do Budapesztu natrafiliśmy na niezły upał…w Polsce w dniu wyjazdu było 13 stopni w Budapeszcie dwa razy tyle. Popatrzyliśmy po sobie… no nic, jakoś to będzie. Zameldowaliśmy się w hostelu (widok z okna mieliśmy na metę maratonuJ - „I jak tu się nie stresować???”) Odebraliśmy pakiety startowe z biura zawodów i poszliśmy oglądać okolicę.

 

Dni od czwartku do niedzieli upłynęły nam na zwiedzaniu pięknego Budapesztu (ale w wersji oszczędnej, żeby nie nabijać niepotrzebnych kilometrów przed niedzielnym startem) i na tzw. carboloadingu (czyli ładowaniu węglowodanami prze biegami długimi) – i to była ta bardzo przyjemna część programuJ - w ruch poszedł makaron, kuskus, banany, ciastka, żelki (moje ukochaneJ) – na trasie biegu okazało się, że zadbaliśmy o żywienie wystarczająco dobrze, ponieważ nikt z naszej trójki nie miał kryzysów energetycznych na trasie (mówiąc potocznie: paliwa wystarczyło na długą drogę).

 

Był stres – wiedzieliśmy o trasie, że ma być płaska, oglądaliśmy ją na mapie i na filmiku (i tu celny komentarz mojego Męża, że niektóre jej fragmenty wyglądają jak namalowane przez szalonego trzylatkaJ - chodzi głównie o zakręty o 180 stopni i nawrotki w nietypowych miejscach). Temperatura zapowiadała się jednak na dość wysoką – na zwiedzanie – rewelacja, na bieganie, zwłaszcza maratonu – już niekoniecznie (optymalna temperatura do biegania takiego dystansu wynosi ok. 10-15 stopni). Dlatego już wiedzieliśmy, że będzie ciężko…

 

Poza jedzeniem, oszczędzaniem nóg mogliśmy zrobić jeszcze jedno – przeanalizować raz jeszcze taktykę na bieg (bieg maratoński to bieg taktyczny – jak mawia nasz znakomity polski maratończyk Henryk Szost -maratończyk musi być bardzo dobrym strategiem i umieć dostosować tempo swojego biegu do warunków, dodatkowo w maratonie bardzo ważną rolę oprócz wykonanej pracy treningowej grają również elementy typu: odpowiedni odpoczynek 14-10 dni przed startem (bieganie mniejszej ilości kilometrów i dbanie o odpowiednią regenerację tzw. „tapering”) oraz odpowiednie odżywianie i nawadnianie na trasie (jeśli to nie zaniedbamy często dochodzi do tzw. kryzysów energetycznych na trasie i przymusowego zwolnienia tempa w drugiej części dystansu).

 

Dobrze pamiętałam o swoich wytycznych od Trenera Sebastiana Wąsickiego i o słowach („Masz stanąć na wysokości zadania”), wiedziałam, że przygotowałam się do tego biegu (co prawda w wersji skróconej ze względu na przejściowe perturbacje), jednak mocne jednostki treningowe i kilometraż miałam w nogach. Udało mi się też całkiem nieźle wytrenować przy okazji swoją głowę, co zaprocentowało na trasie maratonu. Ze względu na temperaturę dodałam 2 minuty do zakładanego przez nas z Trenerem wyniku i zaplanowałam bieg, jak to zwykle mam w zwyczaju, strategią negative split (czyli I połowa dystansu wolniej, a II połowa szybciej) - Mój Mąż też zawyżył swój wynik stosownie do warunków, a Martynie wymyśliliśmy target wynikowy 3 godziny 10 minut na dystansie 30 km, co jak się okazało zrealizowała!:).

 

Stresowaliśmy się…wieczór przed startem poszliśmy spać o 20.30. Wcześniej przygotowaliśmy sobie strój startowy, opaski z wytycznymi czasowymi i żywieniowymi na maraton.

 

I nadszedł długo wyczekiwany….

 

 

…dzień startu

 

Pobudka o 6.30 (Janusz i ja mieliśmy start o 9.30, Martyna o 10.50), najpierw śniadanko (oczywiście wysokowęglowodanowe), herbata, kawa i oczekiwanie na start… o 8.45 wyszliśmy z Januszem z hostelu, zostawiliśmy rzeczy w depozycie i poszliśmy na wspólną rozgrzewkę – o dziwo było nawet zimno – ręce miałam skostniałe, ale podejrzewam, że również ze stresu;) Po krótkiej rozgrzewce (kilometr biegu i trzy 100-metrowe rytmy) życzyliśmy sobie powodzenia i poszliśmy do swoich stref startowych (Janusz do strefy 1, ja do strefy 2). Po drodze przywitaliśmy też kilku Polaków (w całym maratonie startowało ich 148 – 125 mężczyzn i 23 kobiety). W całym maratonie wystartowało 5414 zawodników (4051 mężczyzn i 1363 kobiety). Stojąc na linii startu czułam, że temperatura jest już wysoka – a to była dopiero 9.30, co będzie później..?? Polewałam kark wodą, żeby się chłodzić.

 

Po krótkim wstępie spikera ruszyliśmy na trasę, poszły konie po betonie!:) Cieszyłam się, że w końcu biegnę, bo tydzień przedstartowy dłużył się w nieskończoność. Mój wstępny plan polegał na tym, żeby do połowy dystansu trzymać za pacemaker’ami na wynik 3:30, a potem pobiec swoje – wedle planu mieli biec moim tempem do 21 km – niestety już 1 km pokazał, że nic z tego nie będzie – ruszyli dużo szybciej, nie przejmowałam się tym, wiedziałam już po swoich 4 wcześniejszych maratonach, że na tym biegu wszystko się może zdarzyć i że nie ma nic gorszego niż za szybki początek w maratonie – biegłam swoje, rozpoczęłam bieg w tempie 4:59 i tak biegłam przez 3 pierwsze kilometry, potem lekko przyspieszyłam. Pierwsze 5 km pokonałam w średnim tempie 4:56, zgodnie z założeniami – było ciepło…już czułam, że łatwy bieg to dla mnie nie będzie, zwykle na dystansie maratonu do 21 lub 25 km mam świetny humor, mam ochotę zaczepiać ludzi po drodze, wypatrywać rodaków, tym razem nic z tego – nie chciało mi się w ogóle z nikim rozmawiać, skupiałam się tylko na zachowaniu jak największych rezerw energetycznych i piciu jak największej ilości płynów (niestety potrafię odwodnić się w błyskawicznym tempie:/ i muszę bardzo dbać o nawodnienie). Od 7 km pojawiały mi się w głowie myśli pt. „A może by tak zejść z trasy?”, „Przecież jest tak ciepło, możesz sobie w tym czasie pozwiedzać, a nie biegać”. Od razu przywołałam się do porządku i pomyślałam o Januszu i Martynie, którzy przecież też walczą na trasie. A poza tym co ja bym powiedziała w Motywatorni i Trenerowi?? Że mi się nie chciało i się poddałam?? O nie! Na rzecz tego maratonu musiałam odpuścić 2 miesiące startów, teraz jest sprawdzian dla mnie, teraz muszę się wykazać! Biegnę…na 9 km biorę pierwszy żel, szybciej niż w planach, ale czuję, że tego mi trzeba, żeby odpędzić pierwsze myśli kryzysowe, cienia praktycznie nie ma – większość trasy po promenadzie nad Dunajem, gdzie słońce świeci niemiłosiernie…No nic nauczyłam się czerpać ulgę chociażby z fragmentów cienia i wyobrażałam sobie, że cień trwa dłużej… minął 15 km (zwykle na tym etapie biegu maratończykowi powinno się chcieć przyspieszać, mnie się nie chciało…trzymałam założone tempo, piłam, piłam i jeszcze raz piłam …). Minęła połowa maratonu (1 godzina 44 minuty i 7 sekund biegu za mną) – wzięłam kolejny żel i pomyślałam sobie: „Muszę dotrwać do 30 km jak najmniejszym kosztem energii, potem przyspieszę – udawało mi się to na dwóch poprzednich maratonach, więc tym razem też powinno”. Drugą połowę dystansu miałam przebyć szybciej, więc należało powoli przyspieszać, ale ze względu na warunki bałam się to robić przedwcześnie, dlatego podjęłam decyzję o „podkręceniu obrotów” nieco później. Na 27.km dogoniłam pacemakerów na wynik 3:30 – miałam dwa wyjścia albo trzymać się ich pleców, albo wyprzedzić…wybrałam to drugie, czułam, że dam radę utrzymać to tempo, a nawet przyspieszyć przez te 15 km…właśnie! Już tylko 15 km do mety! Magda dasz radę! Słońce pali, jak dla mnie stacje z piciem co 4 km są za rzadko, więc proszę po drodze ludzi o łyka wody lub izotonika, wszyscy częstują, więc korzystam, dzięki temu może przetrwam ten maraton…Biegnę, jest! Upragniony 30 km! Po drodze mijam zawodnika z napisem „Wujek” na plecach, mówi, że czuje jak Mu odcina energię, ja na szczęście tak nie mam, więc korzystam i dociskam gaz. Po minięciu 30 km stawiam wszystko na jedną kartę – muszę ukończyć ten maraton i to z dobrym wynikiem, nie wolno mi odpuścić! Nie teraz! Pewnie mnie obserwują na live i liczą na dobry wynik. Biorę żel z kofeiną z nadzieją, że mnie obudzi. I obudził. Kilometry od 31 do 35 dłużą się niewyobrażalnie, więc założyłam sobie zadanie pt. „Biegnę tylko 1 km” – tak się umówiłam sama ze sobą, na dodatek (teraz chce mi się z tego śmiaćJ) wmówiłam sobie, że zwolnię (tu miałam kolejne ciekawe doświadczenie: głowa domagała się, żebym zwolniła, a moje nogi zasuwały niczym małe motorki i nie chciały przestać), cały czas trzymałam założone na drugą część dystansu tempo, na 35 km biorę ostatni żel – już tylko dla ulżenia sobie, wiem, że się nie wchłonie…– od 37 km zrobiło mi się trochę lżej na myśl, że zostało tylko 5 km do mety – miałam jeden cel: ”Byle do 40 km”. Po tym etapie przyspieszanie przychodziło mi w sposób naturalny mimo bardzo dużego już zmęczenia. Na 39 km jakiś węgierski kibic wręczył mi wodę (chwała Mu za to!) , była gazowana, ale za to zimna, jaka ulga! Przez dystans maratonu nauczyłam się szukać ulgi w najdrobniejszych elementach – skrawku cienia, łyku wody lub izotonika, minie innego zawodnika lub kibica, cokolwiek co odwracało moją uwagę od tego ile jeszcze drogi mam do pokonania. Jest 40 km! No to zasuwam! Jeszcze tylko przebiegnę przez park i meta! Będzie 3:25 z hakiem! Dam radę! Przyspieszam, na 41 km czuję jak moja głowa odchyla się mocno do tyłu (przy bardzo dużym zmęczeniu tak mam), walczę z nią i na siłę prostuję, na chwilę mi się udaje, ale głowa swoje waży i nie słucha mnie, no nic muszę dalej biec, szybko, szybko, muszę jeszcze powalczyć! Mijam pana Tadeusza Dziekońskiego (atestatora tras w Polsce i za granicą), doświadczonego maratończyka i lecę dalej. Kibice wrzeszczą coś po węgiersku, dopingują, widzę za rogiem metę, już tylko chwila i …jestem maratonką po raz piąty!!!!!!!!!:) Jako pierwsza Polka z wynikiem 3:25:40, czyli nowym rekordem życiowym.

 

Na mecie nie czuję stóp, mam pęcherze i pewnie paznokcie w opłakanym stanie, no nic, ból to cena jaką się płaci za siłę. Idę do depozytu, spotykam mojego Męża, też mówi, że było Mu bardzo ciężko, jednak nabiegał rekord życiowy 2:46:49 i był drugim Polakiem (Janusz mój Ty Mistrzu!:). Zmęczeni, ale z poczuciem, że daliśmy z siebie wszystko co możliwe poszliśmy się przebrać. Chwila oczekiwania, telefony do bliskich i do Trenera i witamy na mecie naszą Martynę finiszującą w biegu na 30 km (wynik 3:10:26). Cóż za radość!:)

 

 

 

Kochane Motywatorki i wszyscy, którzy nam kibicowali!

 

 

Bardzo dziękujemy za doping, byliście naszą ogromną motywacją na trasie!

 

 

Kolejny start maratoński przeszedł do historiiJ

 

21 października 2017

Aktualności

© 2017 created with webwavecms.com